Ta książka zabiera nas w podróż do dzikich czasów, jakimi były pierwsze lata III RP. To praca mocno bijąca w mit "profesjonalizmu" ówczesnych służb specjalnych, opartych na rzeszach dawnych esbeków i garstce amatorów z dawnej opozycji solidarnościowej. Pokazuje przede wszystkim, że były to służby biedne i dziadowskie. UOP nie miał pieniędzy, by opłacić rachunki za prąd i wodę w swojej siedzibie. Meble do jego gabinetów kradziono z gmachu MSW. Służba posiadała tylko dwa zestawy urządzeń podsłuchowych i dwa samochody służbowe. Większość funkcjonariuszy nie miała własnych aut i poruszała się po Warszawie komunikacją miejską. By zaoszczędzić na przejazdach, spotykano się z agentami w knajpach w pobliżu siedziby MSW. Większość funkcjonariuszy stanowili ludzie, którzy wstępowali do służby pod koniec ery Gierka, licząc na dobre płace i przywileje socjalne, a pod koniec lat 80-tych dostawali pensje podobnie nędzne jak robotnicy w fabrykach. Było wśród nich wielu frustratów, wytresowanych w służalstwie wobec Moskwy. Potencjał do łowów dla obcych służb był ogromny. I wówczas kontrwywiadowi UOP spadł z nieba "wielki sukces" - sprawa Marka Zielińskiego, byłego esbeka zniszczonego przez alkohol, który dał się zwerbować GRU. Świerczek w błyskotliwy i drobiazgowy sposób pokazuje, że Zieliński został wystawiony na wabia przez Ruskich. Przeprowadzili oni taką operację, prawdopodobnie by uchronić - czy nawet wypromować w strukturach UOP - swoją prawdziwą, głęboko zakonspirowaną agenturę.

"Wojna Zastępcza" ten temat też teraz podejmuje.
OdpowiedzUsuń