Martin J. Bollinger, analityk US Naval Institute a zarazem partner w firmie Booz Allen Hamilton, w swojej książce "Flota Gułagu" zajął się mało znanym tematem morskich transportów więźniów na łagrów na Kołymie. Przerzucano ich tam na pokładzie statków kupionych "okazyjnie" w USA i innych krajach Zachodu w trakcie Wielkiego Kryzysu. Używano do tego celów również amerykańskich okrętów typu Liberty, masowo produkowanych w czasie drugiej wojny światowej. Zawsze te transporty odbywały się w okropnych, urągającym ludzkiej godności warunkach. Tysiące więźniów zamykano w ładowniach statków, bez dostępu do światła dziennego i świeżego powietrza. Na każdego z nich przypadała przestrzeń podobna do objętości budki telefonicznej. Warunki higieniczne były fatalne. Pod pokładem rządzili przestępcy, okradający więźniów z butów, ubrań i jedzenia oraz zbiorowo gwałcący kobiety. Czasem inicjowali oni bunty, które strażnicy z NKWD tłumili strumieniami lodowatej wody lub pary, gotującej żywcem wszystkich na swojej drodze. Amerykańscy stoczniowcy, remontujący sowieckie statki zauważali później, że straszliwie w nich cuchnęło. To był zapach rozkładających się zwłok...
Praca Bollingera jest bardzo rzetelna. Obala on niektóre mity dotyczące Kołymy i Floty Gułagu. Opisuje losy poszczególnych statków. Przede wszystkim stara się jednak dociec, ile Zachód wiedział na temat komunistycznego systemu łagrów na Kołymie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz