Kolejna książka pokazująca, że lata 50-te w USA były największym okresem rozkwitu cywilizacji białego człowieka, a przy okazji pokazująca, że socjologia nie jest nauką. Autor - socjolog, imigrant z ZSRR - straszliwie jojczy jak bardzo rozerotyzowana była kultura amerykańska lat 50-tych. Przytacza czasem ciekawe dane, ale wyprowadza z nich słabo udowodnione wnioski o związkach między swobodą seksualną a upadkiem cywilizacji. Nie czyni on żadnej różnicy między społecznymi skutkami rozpasania erotycznego mężczyzn i kobiet. Nie potrafi też wytłumaczyć dlaczego "dziwkarska" starożytna Grecja oraz włoski renesans były okresami niesłychanej eksplozji ludzkiej kreatywności. Można by to wszystko uznać za zwyczajne pojękiwania purytańskiego skopca, ale autor poświęcił też całą stronę na krytykę komisji McCarthy'ego i mieszenie z błotem informatorów, którzy odeszli z Komunistycznej Partii USA. Narzeka też straszliwie na amerykański militaryzm i pisze z entuzjazmem o "wszechstronnym rozwoju ZSRR" spowodowanym według niego tym, że Stalin rzekomo ukrócił leninowską rozpustę. Można więc odnieść wrażenie, że Ruski ma potężny ból tylnej części ciała z tego powodu, że Amerykańcy żyją w dobrobycie i mają lepszej jakości seks niż Sowieci. Niestety, studenci takich różnych Sorokinów i innych sowieckich przybłęd, odebrali mieszkańcom Zachodu w kolejnych dekadach dobrobyt, bezpieczeństwo i pozytywnie rozerotyzowaną kulturę.






