sobota, 23 maja 2026

Pitrim Sorokin - Amerykańska rewolucja seksualna - recenzja

 


Kolejna książka pokazująca, że lata 50-te w USA były największym okresem rozkwitu cywilizacji białego człowieka, a przy okazji pokazująca, że socjologia nie jest nauką. Autor - socjolog, imigrant z ZSRR - straszliwie jojczy jak bardzo rozerotyzowana była kultura amerykańska lat 50-tych. Przytacza czasem ciekawe dane, ale wyprowadza z nich słabo udowodnione wnioski o związkach między swobodą seksualną a upadkiem cywilizacji. Nie czyni on żadnej różnicy między społecznymi skutkami rozpasania erotycznego mężczyzn i kobiet. Nie potrafi też wytłumaczyć dlaczego "dziwkarska" starożytna Grecja oraz włoski renesans były okresami niesłychanej eksplozji ludzkiej kreatywności. Można by to wszystko uznać za zwyczajne pojękiwania purytańskiego skopca, ale autor poświęcił też całą stronę na krytykę komisji McCarthy'ego i mieszenie z błotem informatorów, którzy odeszli z Komunistycznej Partii USA. Narzeka też straszliwie na amerykański militaryzm i pisze z entuzjazmem o "wszechstronnym rozwoju ZSRR" spowodowanym według niego tym, że Stalin rzekomo ukrócił leninowską rozpustę. Można więc odnieść wrażenie, że Ruski ma potężny ból tylnej części ciała z tego powodu, że Amerykańcy żyją w dobrobycie i mają lepszej jakości seks niż Sowieci. Niestety, studenci takich różnych Sorokinów i innych sowieckich przybłęd, odebrali mieszkańcom Zachodu w kolejnych dekadach dobrobyt, bezpieczeństwo i pozytywnie rozerotyzowaną kulturę.

sobota, 16 maja 2026

Dariusz "Smok" Smoczkiewicz - Hart ducha. Osaczony, niezłomny, zwycięski - recenzja

 


Ta książka opisuje niesamowite koleje życia Karola "Smoka" Smoczkiewicza - człowieka, który miał niesamowite szczęście w nieszczęściu jakim były II wojna światowa i PRL. Smoczkiewicz był przed wojną harcerzem w Żurawnie w Małopolsce Wschodniej. W 1939 r. na ochotnika pomagał Wojsku Polskiemu. Brał udział we wczesnej - dosyć amatorskiej konspiracji antysowieckiej i trafił z tego powodu do aresztu NKWD. Uratował go enkawudzista o polskim pochodzeniu, który odkrył, że Smoczkiewicz jest na liście proskrypcyjnej lokalnych ounowców. Później bohater tej historii był żołnierzem AK, odznaczonym Virtuti Militari za walki z UPA. Po przejściu sowieckiego frontu wcielono go do Istriebitelnych Batalionów NKWD, skąd zdezerterował (uciekając przed represjami) i przeniósł się do Wielkopolski, gdzie zaangażował się w konspirację WSGO "Warta". Trzykrotnie siedział w ubeckich więzieniach i był tortutorowany. W przerwie między odsiadkami przymusowo wcielono go do KBW i wysłano w Bieszczady, przeciwko UPA. Po 1956 r. był stale inwigilowany przez SB i szykanowany na różne sposoby. Szykanowano go nawet w III RP, odbierając mu uprawnienia kombatanckie. Ta książka to również historia trwającego przez kilka dekad pojedynku głównego bohatera z niemiecko-sowiecko-ubeckim agentem, który odgrywał zasłużonego kombatanta z AK i pomawiał Smoczkiewicza o bycie agentem UB, a nawet rozbił mu rodzinę. To nie są zmyślenia - wiele wątków z tej książki jest potwierdzonych dokumentami IPN. Polecam tę książkę każdemu, kto chce się przekonać jakim syfem był PRL!

sobota, 25 kwietnia 2026

Damian Markowski - Strybki. Z AK pod skrzydła NKWD

 


Książka Damiana Markowskiego opowiada o zapomnianym epizodzie z historii "dopalania polskich Kresów" - o służbie Polaków w Batalionach Niszczycielskich NKWD. Choć nazwa tej formacji brzmi złowrogo, to w praktyce owe bataliony były jednostkami wartowniczymi złożonymi głównie z nastolatków, którym Sowieci rozdali karabiny. Owi nastolatkowie z dużą determinacją bronili jednak polskich wsi i miasteczek w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu. Z dużym zacięciem też brali udział w obławach na upowców oraz w akcjach odwetowych. Poszli na służbę do Sowietów, bo po prostu nie mieli innego wyboru. Wśród "strybków" byli więc też żołnierze AK, którzy infiltrowali sowieckie struktury. Oczywiście do czasu - bo pod koniec wojny Sowieci nabrali wobec polskich żołnierzy tych batalionów dużych podejrzeń... Polaków w Batalionach Niszczycielskich było więcej niż w 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Byli też w tej formacji Żydzi ocalali z Holokaustu oraz Ukraińcy, którzy z różnych powodów byli skonfliktowani z UPA. Choć część polskich "strybków" ostro później kolaborowała z komuną (jako żołnierze KBW, funkcjonariusze milicji i bezpieki czy zwykli TW), niektórzy stali się endeko-komunistycznymi "wołyniarzami" kompromitującymi sprawę upamiętnienia ludobójstwa dokonanego na Polakach, ale wielu pozostało polskimi patriotami. 

niedziela, 12 kwietnia 2026

Marek Koprowski - Bestie Bandery. Kaci Małopolski Wschodniej - recenzja

 


Ludobójstwo wołyńskie dokonane na Polakach przez UPA należy obecnie do najbardziej "popularnych" tematów historycznych. Napisano o nim wiele artykułów i książek. Powstały też filmy. Mimo to znajomość tego tragicznego epizodu naszych dziejów jest bardzo powierzchowna. Ową rzeź ogranicza się tylko do Wołynia, choć do masowych mordów na Polakach dochodziło też w Małopolsce Wschodniej, na Polesiu i Lubelszczyźnie. Anonimowi są też sprawcy ludobójstwa. Zwykle kojarzy się z nim Banderę i Szuchewycza, a reszta morderców stanowi jakąś amorficzną masę określaną zbiorczo mianem "banderowców". Wznowiona przez Wydawnictwo Replika książka Marka Koprowskiego zapełnia część z tych białych plan. Przywołuje ludobójców po imieniu i nazwisku oraz opisuje ich drogę ku zbrodni. Wiele z tych życiorysów jest bardzo podobnych do siebie. Są też jednak przypadki kuriozalne. Jednym z nich był Wołodymyr Jakubowski, dowódca UPA mający polskie korzenie, którego ojciec prawdopodobnie realizował tajną misję w ZSRR dla polskiego wywiadu wojskowego. Jakubowski przed wojną służył w lotniczej podchorążówce - czyli tam gdzie nie wpuszczano radykałów z mniejszości narodowych. Można się było spodziewać, że w czasie wojny będzie służył w AK. Został jednak banderowcem - i w sumie nie wiadomo, dlaczego dokonał takiego wyboru. Kuriozalną postacią był również o. Hrynioch, grekokatolicki kapelan UPA. Po latach zeznawał on przed niemieckim sądem, że będąc we Lwowie w lipcu 1941 r. nie widział żadnych oznak jakiegokolwiek pogromu... O ile Hrynioch zdołał zbiec na Zachód to znaczna większość opisanych w tej książce dowódców UPA (z Szuchewyczem na czele) zginęła w walce z NKWD. Są też i tacy, którzy zginęli w Bieszczadach w walce z "ludowym" Wojskiem Polskim i KBW. Opisy ich śmierci są bez wątpienia najbardziej satysfakcjonującymi fragmentami tej książki.

Po przeczytaniu "Bestii Bandery" warto też sięgnąć po "Katów Wołynia" oraz inne książki Marka Koprowskiego poświęcone konfliktowi polsko-ukraińskiemu. Za najlepszą z nich uważam "Armia Krajowa na Wołyniu, czyli zdrady nie było". 

czwartek, 2 kwietnia 2026

Edward Buca - W piekle czerwonego imperium. Wspomnienia buntownika z GUŁAGu w Workucie - recenzja

 


To książka niesamowicie mocna! Ponad 500 stron niesamowicie realistycznych opisów życia i śmierci w sowieckich obozach koncentracyjnych. Jej autor - Edward Buca - był żołnierzem AK w Małopolsce Wschodniej. Został złapany przez Sowietów wiosną 1945 r. i skazany na 25 lat katorgi. Wysłano go do łagrów w Workucie, obsługujących tamtejsze kopalnie węgla. Buca spędził w nich 13 lat. W 1953 r. był jednym z przywódców buntu w Workucie i przeżył jego krwawą pacyfikację. Po powrocie do Polski, dostał karę śmierci od PRL-owskiego sądu, "łaskawie" zamienioną na 13 lat więzienia, do których zaliczono już wcześniejszą odsiadkę w łagrach. W 1971 r. uciekł do Szwecji, a swoje wspomnienia o Workucie pisał na Zachodzie. Jest to lektura wstrząsająca, ale też pokazująca, że człowieka potrafi się urządzić nawet w największym piekle. Buca umiejętnie kreśli sylwetki więźniów, z których wielu jest przestępcami kryminalnymi. Pokazuje jak "urki" (kryminalni kierujący się swoim kodeksem, nastawieni antypaństwowo) walczyły z "sukami" (przestępcami wysługującymi się władzom obozowym). Bez żadnych upiększeń pisze o morderstwach, krwawych porachunkach, obozowym złodziejstwie, nędzy i deptaniu godności człowieka. Opisuje też zbiorowe gwałty popełniane na kobietach, a także te dokonywane przez... kobiety na mężczyznach. Pisze o strażnikach i funkcjonariuszach obozowych. Mamy w jego książce pełny przekrój ich sylwetek - od tępych sadystów po ludzi życzliwych więźniom. Dowiadujemy się też z tej książki, że łagry były jedynym w Związku Sowieckim miejscem, w którym panowała wolność słowa. Nikt nie hamował się, by obrzucać Stalina najgorszymi wyzwiskami - wszyscy byli świadomi, że nie ma sensu za to karać. Pokazuje on też jak wielu sowieckich żołnierzy i oficerów trafiło do łagrów. (Obok współpracowników gen. Własowa byli wśród nich także odznaczeni frontowcy, którzy dopuszczali się masowych morderstw z pobudek kryminalnych czy w alkoholowym zamroczeniu. ) Opisuje jak w 1948 r. kilku pułkowników i generał zjednoczyli wszystkie frakcje więźniów kryminalnych i politycznych, by wyzwolić łagry - i prawie im się udało.

Książka Bucy ma jednak dwie wady. Pierwszą z nich jest to, że w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że łatwo się było w łagrze, przy odrobinie sprytu, dobrze urządzić. Nie każdy miał tyle szczęścia w nieszczęściu, co Buca. Drugą wadą jest to, że te wspomnienia sprawiają wrażenia niedokończonych. Dochodzą tylko do 1951 r., więc nie obejmują ani buntu w Workucie w 1953 r., ani powrotu autora do Polski. 


Karol Stojanowski - Rasizm przeciw Słowiańszczyźnie - recenzja

 


Niklot wznowił ważną i ciekawą książkę, która idzie całkowicie w poprzek popularnym w ostatnich latach narracjom Zychowicza i Studnickiego. "Rasizm przeciw Słowiańszczyźnie" Karola Stojanowskiego to solidna praca napisana na początku 1934 r. Jej autor uważnie śledził prądy ideowe w Niemczech i dostrzegał, że tworzone jest tam uzasadnienie ideologiczne oraz "naukowe" dla przyszłej, ludobójczej wojny przeciwko Polsce i innym krajom słowiańskim. Opisuje on podstawowe - i często błędne - założenia ówczesnych niemieckich teorii rasowych. Naziści, a także inni niemieccy nacjonaliści, twierdzili m.in. że do nielicznych wartościowych elementów rasowych w Polsce zaliczają się przedstawiciele szlachty kresowej, mający w swoich żyłach krew dawnych nordyckich zdobywców Rusi. Książka Stojanowskiego przypomina takie teorie i pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego Niemcy dopuszczali się ludobójstwa na Polakach. Stojanowski, endecki katolik, dostrzegał też rękę niemiecką w promowaniu neopoganizmu (nawet w tak niewinnej formie jak struganie posągów Światowida przez harcerzy) i satanizmu (pozwolił sobie na drobną złośliwość wobec płka Wacława Kostka-Biernackiego, znanego i lubianego autora "Diabła zwycięzcy" :). Nowe wydanie książki Stojanowskiego obejmuje również jego broszurę z 1946 r. o konieczności reslawizacji wschodnich Niemiec - do której niestety nie doszło, bo Stalin chciał mieć własne pokozowo-marionetkowe państwo niemieckie, częściowo nawiązujące do tradycji pruskiej (w którym jednak prominentne funkcje pełniło wielu towarzyszy o słowiańskich nazwiskach). Jest też w niej artykuł prof. Grotta opowiadający m.in. o tym jak reslawizacyjna propaganda docierała do Niemiec w czasie wojny.

niedziela, 29 marca 2026

Martin J. Bollinger - Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę - recenzja

 


Martin J. Bollinger, analityk US Naval Institute a zarazem partner w firmie Booz Allen Hamilton, w swojej książce "Flota Gułagu" zajął się mało znanym tematem morskich transportów więźniów na łagrów na Kołymie. Przerzucano ich tam na pokładzie statków kupionych "okazyjnie" w USA i innych krajach Zachodu w trakcie Wielkiego Kryzysu. Używano do tego celów również amerykańskich okrętów typu Liberty, masowo produkowanych w czasie drugiej wojny światowej. Zawsze te transporty odbywały się w okropnych, urągającym ludzkiej godności warunkach. Tysiące więźniów zamykano w ładowniach statków, bez dostępu do światła dziennego i świeżego powietrza. Na każdego z nich przypadała przestrzeń podobna do objętości budki telefonicznej. Warunki higieniczne były fatalne. Pod pokładem rządzili przestępcy, okradający więźniów z butów, ubrań i jedzenia oraz zbiorowo gwałcący kobiety. Czasem inicjowali oni bunty, które strażnicy z NKWD tłumili strumieniami lodowatej wody lub pary, gotującej żywcem wszystkich na swojej drodze. Amerykańscy stoczniowcy, remontujący sowieckie statki zauważali później, że straszliwie w nich cuchnęło. To był zapach rozkładających się zwłok... 

Praca Bollingera jest bardzo rzetelna. Obala on niektóre mity dotyczące Kołymy i Floty Gułagu. Opisuje losy poszczególnych statków. Przede wszystkim stara się jednak dociec, ile Zachód wiedział na temat komunistycznego systemu łagrów na Kołymie.