czwartek, 2 kwietnia 2026

Edward Buca - W piekle czerwonego imperium. Wspomnienia buntownika z GUŁAGu w Workucie - recenzja

 


To książka niesamowicie mocna! Ponad 500 stron niesamowicie realistycznych opisów życia i śmierci w sowieckich obozach koncentracyjnych. Jej autor - Edward Buca - był żołnierzem AK w Małopolsce Wschodniej. Został złapany przez Sowietów wiosną 1945 r. i skazany na 25 lat katorgi. Wysłano go do łagrów w Workucie, obsługujących tamtejsze kopalnie węgla. Buca spędził w nich 13 lat. W 1953 r. był jednym z przywódców buntu w Workucie i przeżył jego krwawą pacyfikację. Po powrocie do Polski, dostał karę śmierci od PRL-owskiego sądu, "łaskawie" zamienioną na 13 lat więzienia, do których zaliczono już wcześniejszą odsiadkę w łagrach. W 1971 r. uciekł do Szwecji, a swoje wspomnienia o Workucie pisał na Zachodzie. Jest to lektura wstrząsająca, ale też pokazująca, że człowieka potrafi się urządzić nawet w największym piekle. Buca umiejętnie kreśli sylwetki więźniów, z których wielu jest przestępcami kryminalnymi. Pokazuje jak "urki" (kryminalni kierujący się swoim kodeksem, nastawieni antypaństwowo) walczyły z "sukami" (przestępcami wysługującymi się władzom obozowym). Bez żadnych upiększeń pisze o morderstwach, krwawych porachunkach, obozowym złodziejstwie, nędzy i deptaniu godności człowieka. Opisuje też zbiorowe gwałty popełniane na kobietach, a także te dokonywane przez... kobiety na mężczyznach. Pisze o strażnikach i funkcjonariuszach obozowych. Mamy w jego książce pełny przekrój ich sylwetek - od tępych sadystów po ludzi życzliwych więźniom. Dowiadujemy się też z tej książki, że łagry były jedynym w Związku Sowieckim miejscem, w którym panowała wolność słowa. Nikt nie hamował się, by obrzucać Stalina najgorszymi wyzwiskami - wszyscy byli świadomi, że nie ma sensu za to karać. Pokazuje on też jak wielu sowieckich żołnierzy i oficerów trafiło do łagrów. (Obok współpracowników gen. Własowa byli wśród nich także odznaczeni frontowcy, którzy dopuszczali się masowych morderstw z pobudek kryminalnych czy w alkoholowym zamroczeniu. ) Opisuje jak w 1948 r. kilku pułkowników i generał zjednoczyli wszystkie frakcje więźniów kryminalnych i politycznych, by wyzwolić łagry - i prawie im się udało.

Książka Bucy ma jednak dwie wady. Pierwszą z nich jest to, że w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że łatwo się było w łagrze, przy odrobinie sprytu, dobrze urządzić. Nie każdy miał tyle szczęścia w nieszczęściu, co Buca. Drugą wadą jest to, że te wspomnienia sprawiają wrażenia niedokończonych. Dochodzą tylko do 1951 r., więc nie obejmują ani buntu w Workucie w 1953 r., ani powrotu autora do Polski. 


Karol Stojanowski - Rasizm przeciw Słowiańszczyźnie - recenzja

 


Niklot wznowił ważną i ciekawą książkę, która idzie całkowicie w poprzek popularnym w ostatnich latach narracjom Zychowicza i Studnickiego. "Rasizm przeciw Słowiańszczyźnie" Karola Stojanowskiego to solidna praca napisana na początku 1934 r. Jej autor uważnie śledził prądy ideowe w Niemczech i dostrzegał, że tworzone jest tam uzasadnienie ideologiczne oraz "naukowe" dla przyszłej, ludobójczej wojny przeciwko Polsce i innym krajom słowiańskim. Opisuje on podstawowe - i często błędne - założenia ówczesnych niemieckich teorii rasowych. Naziści, a także inni niemieccy nacjonaliści, twierdzili m.in. że do nielicznych wartościowych elementów rasowych w Polsce zaliczają się przedstawiciele szlachty kresowej, mający w swoich żyłach krew dawnych nordyckich zdobywców Rusi. Książka Stojanowskiego przypomina takie teorie i pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego Niemcy dopuszczali się ludobójstwa na Polakach. Stojanowski, endecki katolik, dostrzegał też rękę niemiecką w promowaniu neopoganizmu (nawet w tak niewinnej formie jak struganie posągów Światowida przez harcerzy) i satanizmu (pozwolił sobie na drobną złośliwość wobec płka Wacława Kostka-Biernackiego, znanego i lubianego autora "Diabła zwycięzcy" :). Nowe wydanie książki Stojanowskiego obejmuje również jego broszurę z 1946 r. o konieczności reslawizacji wschodnich Niemiec - do której niestety nie doszło, bo Stalin chciał mieć własne pokozowo-marionetkowe państwo niemieckie, częściowo nawiązujące do tradycji pruskiej (w którym jednak prominentne funkcje pełniło wielu towarzyszy o słowiańskich nazwiskach). Jest też w niej artykuł prof. Grota opowiadający m.in. o tym jak reslawizacyjna propaganda docierała do Niemiec w czasie wojny.

niedziela, 29 marca 2026

Martin J. Bollinger - Flota Gułagu. Stalinowskie statki śmierci: transporty na Kołymę - recenzja

 


Martin J. Bollinger, analityk US Naval Institute a zarazem partner w firmie Booz Allen Hamilton, w swojej książce "Flota Gułagu" zajął się mało znanym tematem morskich transportów więźniów na łagrów na Kołymie. Przerzucano ich tam na pokładzie statków kupionych "okazyjnie" w USA i innych krajach Zachodu w trakcie Wielkiego Kryzysu. Używano do tego celów również amerykańskich okrętów typu Liberty, masowo produkowanych w czasie drugiej wojny światowej. Zawsze te transporty odbywały się w okropnych, urągającym ludzkiej godności warunkach. Tysiące więźniów zamykano w ładowniach statków, bez dostępu do światła dziennego i świeżego powietrza. Na każdego z nich przypadała przestrzeń podobna do objętości budki telefonicznej. Warunki higieniczne były fatalne. Pod pokładem rządzili przestępcy, okradający więźniów z butów, ubrań i jedzenia oraz zbiorowo gwałcący kobiety. Czasem inicjowali oni bunty, które strażnicy z NKWD tłumili strumieniami lodowatej wody lub pary, gotującej żywcem wszystkich na swojej drodze. Amerykańscy stoczniowcy, remontujący sowieckie statki zauważali później, że straszliwie w nich cuchnęło. To był zapach rozkładających się zwłok... 

Praca Bollingera jest bardzo rzetelna. Obala on niektóre mity dotyczące Kołymy i Floty Gułagu. Opisuje losy poszczególnych statków. Przede wszystkim stara się jednak dociec, ile Zachód wiedział na temat komunistycznego systemu łagrów na Kołymie.


sobota, 21 marca 2026

Michał Bruszewski - Eurokalifat. Dżihad, gangi i islamizacja Europy - recenzja

 


Najnowsza książka Michała Bruszewskiego, znanego i cenionego korespondenta wojennego, to swoista kronika wojny prowadzonej na ulicach europejskich miast. Wojny rozpoczętej przez islamskie organizacje terrorystyczne oraz imigranckie gangi. Bruszewski barwnie opowiada o tym świecie, skupiając się m.in. na przykładach Szwecji, Francji, Niemiec, Niderlandów i Hiszpanii. Pisze także o Państwie Islamskim oraz doktrynie dżihadu, partiach islamskich itp. Powołuje się przy tym często na dane i artykuły z liberalno-lewicowych mediów, które trudno podejrzewać o kreowanie wizerunku imigranckiego wroga. Autor sam przyznaje, że jego książka jest kroniką dalece niepełną. Gdyby miał poważniej zgłębić temat, musiałby napisać wielotomowe dzieło. Mamy za to zgrabną kompilację problemu, o którym nieco zapomnieliśmy na fali oburzenia na działania Izraela w Strefie Gazy.

sobota, 14 marca 2026

Grzegorz Kucharczyk - Histeria i pogarda. Antypolonizm w Republice Weimarskiej - recenzja

 


Z sondażu przeprowadzonego w 1932 r. wynikało, że aż 92 proc. niemieckich uczniów przyznawało, że nienawidzi Polaków. 7 lat później, wielu z nich w szeregach Wehrmachtu i SS, wzięło udział w napaści na Polskę oraz jej okupacji. Mieli oni od dawna wdrukowane w wyobraźnię pogardliwe stereotypy o "polskich podludziach". Wdrukowali im je nauczyciele - w dużym stopniu będący ideologicznymi sierotami po wilhelmińskim cesarstwie. Swoje zrobiła też prasa wszelakich odcieni ideologicznych, autorzy głupawych powieści o "niemieckiej misji na Wschodzie", a także politycy wszystkich partii - od KPD po katolickie Centrum. Grzegorz Kucharczyk pokazuje w swojej książce, że w Republice Weimarskiej nie było w zasadzie żadnych liczących się środowisk chcących normalizacji stosunków z Polską. Niemcy przypominali wówczas "sojowych cucków" mających wieczny ból d... o to, że stracili na Wschodzie ziemie, których nie potrafili dobrze zagospodarować. Ów resentyment zaślepiał Niemców, na co dowodem są ich mrzonki o tym, że na gruzach Polski mogą stworzyć "przyjazną" granicę z sowiecką Rosją.  Grzegorz Kucharczyk pokazuje, że hitlerowska ideologia Lebensraumu "nie spadła z nieba". Miała ona swoje korzenie w Republice Weimarskiej i II Rzeszy.  Hitler po prostu idealnie wpisał się w tęsknoty i kompleksy zwykłych niemieckich "Januszów".


sobota, 7 marca 2026

Tomasz Plasktota - Byłem ofiarą doktora Mengele. W medycznym piekle Auschwitz - recenzja

 


Ta książka opowiada o życiu profesora Laszlo Kissa, jednego z węgierskich ocalonych z Holokaustu. Kiss był w czasie wojny nastolatkiem, a dorastał w mocno zasymilowanej rodzinie żydowskiej, która czuła się węgierskimi patriotami. Niestety, w 1944 r. został wraz ze swoją rodziną wysłany do KL Auschwitz, gdzie jako bliźniak zwrócił na siebie uwagę doktora Mengele. Rozmowa z profesorem Kissem stanowi sporą część tej książki i jest ona unikalnym świadectwem. W odróżnieniu od wielu innych "naocznych świadków Zagłady", Kiss nie dramatyzuje swojej opowieści, ani jej nie upiększa. Mówi to, co pamięta. Jeśli czegoś nie widział, to otwarcie to przyznaje. Czasem jego relacja wręcz sucha. Poprzedzają ją rozdziały opisujące wojenną historię Węgier i dzieje obozu Auschwitz. Przeczytamy więc tam m.in. o ucieczkach z obozu czy o "Teddym" Pietrzykowskim, a także o doktorze Mengele i jego eksperymentach na ludziach. Akurat dla mnie to tematy doskonale znane, ale może jakiś młody, początkujący pasjonat historii czegoś się dowie... Przyznam się, ze na mnie największe wrażenie zrobiła nie sama relacja z Auschwitz, ale te fragmenty opowieści profesora Kissa, które dotyczyły Węgier i przeprowadzonej tam w 1944 r. akcji deportacji Żydów. To temat u nas słabo znany i bardzo rzadko opisywany. Autor w ciekawy sposób opisuje wojenne dzieje Węgier. Zaskoczeniem dla mnie była choćby informacja o tym, że około połowa ówczesnych węgierskich generałów miała niemieckie (czy raczej austriackie) korzenie, co bardzo pomogło w przeprowadzeniu w 1944 r. zamachu stanu przez Strzałokrzyżowców. Wychodzi więc na to, że to nie (w sporej części zasymilowani) węgierscy Żydzi byli "zdradziecką mniejszością", tylko tamtejsi Niemcy...

piątek, 27 lutego 2026

Staffan Thorsell - Drogi Panie Kanclerzu Rzeszy! Szwedzkie kontakty z kancelarią Hitlera - recenzja

 


Ta książka rozprawia się z cukierkowym mitem szwedzkiej neutralności w drugiej wojnie. Pokazuje, że Szwecja była krajem aż do 1944 r. znajdującym się bardzo mocno w orbicie wpływów III Rzeszy. Nie tylko tłumiono tam krytykę prasową nazistowskiego reżimu i ukrywano informacje o niemieckich zbrodniach. Kraj wspierał niemiecki wysiłek wojenny - nie tylko za pomocą wymiany handlowej. Szwedzkie władze de facto pomogły Niemcom zająć Narwik, pozwalając na transport wsparcia dla sił inwazyjnych przez swoje terytorium. Pozwoliła też na tranzyt niemieckich wojsk przez swoje terytorium w czasie wojny przeciwko ZSRR. Szwedzka generalicja była nastawiona mocno proniemiecko, podobnie jak spora część rodziny królewskiej. Król Gustaw V był znienawidzony przez norweskiego króla Haakona, który pamiętał Szwecji odmowę udzielenia mu schronienia w 1940 r. Churchill pisał natomiast o "pożałowania godnym królu Szwecji". Skandynawska socjalistyczna monarchia odgrywała też ogromną rolę w tajnej wojnie wywiadowczej. Zarówno Wallenbergowie jak i Folke Bernadotte byli bliżej Himmlera, niż mówi oficjalna wersja historii. Szwedzkie elity nie patrzyły jednak na niemiecki reżim bezkrytycznie. Król radził Niemcom, by wstrzymali prześladowania Żydów i kościołów, bo to uderza w międzynarodowy wizerunek nazizmu. "Drogi Panie Kanclerzu Rzeszy!" jest więc książką ciekawą, zawierającą wiele informacji o totalnie u nas nieznanym temacie.