piątek, 31 stycznia 2025

Pokonać Kimów. Tajna misja przeciwko reżimowi - recenzja

 


Czy jeden człowiek może wypowiedzieć wojnę totalitarnemu reżimowi uzbrojonemu w broń jądrową? Na pierwszy rzut oka to pytanie wygląda absurdalnie. Okazuje się jednak, że w ostatnich latach mieliśmy taki przypadek. Oto bowiem amerykański aktywista Adrian Hong stworzył grupę dążącą do obalenia rządów dynastii Kimów w Korei Północnej. Jego organizacja Free Joseon miała nawet ambicję bycia północnokoreańskim rządem emigracyjnym. To przedsięwzięcie mogło wydawać się szalone, ale Hong naprawdę mocno zaszkodził reżimowi z Pyongyangu. W lutym 2019 r. jego grupa zajęła (w porozumieniu z jednym z dysydenckich dyplomatów) ambasadę Korei Północnej w Madrycie i przejęła dane ze znajdujących się tam komputerów. Wcześniej pomogła przedostać się na Zachód synowi Kim Dzong Nama, czyli zamordowanego brata obecnego przywódcy Korei Płn. Free Joseon czasem bywała dużo bardziej skuteczna niż zachodnie tajne służby, a czasem jej działalność była bardzo amatorska. Grupa chciała m.in. wpływać na politykę administracji Trumpa wobec Korei Płn., tworzyła plany transformacji polityczno-gospodarczej oraz obiecywała inwestorom wizy do państwa, które powstanie po upadku reżimu Kimów. Cała ta działalność była dziełem „zapaleńca”, który naprawdę przejął się tym, że w Korei Północnej dochodzi do zatrważających zbrodni i postanowił, że trzeba położyć kres istnieniu tamtejszego reżimu. Zaczął od ratowania północnokoreańskich uchodźców, ale z czasem uznał, że z reżimem należy walczyć w sposób bardziej ofensywny. Historię tej walki możemy poznać w książce Bradleya Hope’a „Pokonać Kimów”. Ta opowieść (jeszcze) nie miała happy endu. Daje ona jednak dużo do myślenia. Skoro grupka wolontariuszy była w stanie wyrządzić spore szkody totalitarnemu reżimowi, to jaki efekt przyniosłaby podobna kampania prowadzona na poważnie i w sposób skoordynowany przez tajne służby państw „Wolnego Świata”?

 

Bradley Hope

„Pokonać Kimów. Tajna misja przeciwko reżimowi”.

Wydawnictwo Czarne

Wołowiec 2024

Bitwa o Narwik - recenzja

 


Książka Jaklina Asbjorna „Bitwa o Narwik” to szansa na zapoznanie się z tym jak sami Norwegowie wspominają słynną batalię z 1940 r. i jak postrzegają udział w nim Polaków. O walkach Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich są co prawda w tej książce tylko niecałe dwa rozdziały, ale trzeba przyznać, że są one napisane barwnie. Autor oddaje hołd bohaterstwu i sprawności bojowej Polaków, choć też przytacza relacje mówiące o rozstrzeliwaniu przez nas niemieckich jeńców. Opisana jest m.in. historia o tym jak polski żołnierz zabił Niemca, po tym jak podczas rewizji znalazł u niego złoty zegarek należący do jego wuja – rozstrzelanego na jesieni 1939 r. Asbjorn Jaklin w swojej książce skupia się jednak przede wszystkim na relacjach norweskich żołnierzy i cywilów z walk o Narwik i okolice. Czytamy więc o tym jak ten ważny norweski port padł po kilkuminutowej obronie prowadzonej przez dwa stare pancerniki. Poznajemy też szczegóły zdrady dokonanej przez komendanta miasta płka Konrada Sundlo, a także tego jak Niemcy przekonywali Norwegów, że przybyli im na pomoc przeciwko Anglikom. Towarzyszymy norweskim żołnierzom podczas walk w wysokich, zaśnieżonych górach i poznajemy ich gorycz, po tym jak Brytyjczycy zdecydowali się ewakuować Narwik w trakcie bitwy, która już niemal zakończyła się rozgromieniem doborowych niemieckich oddziałów strzelców górskich.

Mróz, głód i wszy. Życie codzienne Wyklętych - recenzja

 


Książka Stanisława Płużańskiego „Mróz, głód i wszy. Życie codzienne Wyklętych” może zostać uznana za publikację nowatorską. To bowiem pierwsza książka koncentrująca się na życiu codziennym polskich partyzantów antykomunistycznych. Autor oparł ją m.in. na wywiadach z 14 weteranami, w tym ze śp. Lidią Lwow-Eberle, towarzyszką życia majora „Łupaszki”. W pracy Płużańskiego możemy przeczytać m.in. o tym w jaki sposób Wyklęci zaopatrywali się w żywność, na jakich zasadach nocowali u wiejskich gospodarzy oraz jak wyglądał typowy dzień w oddziale partyzanckim. Z licznych relacji przytoczonych przez Płużańskiego wynika, że Wyklęci cieszyli się zwykle dużym wsparciem ludności wiejskiej. (Przynajmniej do 1947 r., czyli momentu sfałszowanych wyborów oraz topnienia oddziałów po amnestii.) Spora część mieszkańców polskiej prowincji traktowała Wyklętych jak swoich bohaterów – obrońców przed nadużyciami czerwonej władzy, Sowietami, UPA i zwykłymi bandytami.  Były też jednak skomunizowane wsie, które albo omijano szerokim łukiem, albo stawały się one celem ekspedycji „karno-zaopatrzeniowych”. Autor wspomina też oczywiście o udziale Wyklętych w konfliktach z mniejszościami etnicznymi, przypadkach niesubordynacji żołnierzy oraz ich bandycenia. Stara się też dociec, na ile Wyklęci wierzyli w zwycięstwo i kogo postrzegali jako wroga. Ta historia nie jest czarno biała, o czym świadczy to, że partyzanci „Ognia” na Podhalu utrzymywali znakomite relacje z żołnierzami Wojsk Ochrony Pogranicza. Wielokrotnie zdarzało się też, że mijające się w lasach oddziały Wyklętych i LWP, przechodziły obok siebie salutując sobie wzajemnie i nie oddając ani jednego strzału.

Stanisław Płużański

„Mróz, głód i wszy. Życie codzienne Wyklętych”

Wydawnictwo Fronda

Wspomnienia kresowego organisty - recenzja

 


Liczący obecnie 94 lata Eugeniusz Swarcewicz to człowiek niezwykły. Podczas kilku dekad życia w ZSRR nie przepracował on bowiem ani godziny dla państwa sowieckiego, a całe swoje życie zawodowe poświęcił Kościołowi. W 1944 r. jego proboszcz zarejestrował go jako „pomocnika kościelnego – organistę” i w takim charakterze Swarcewicz pracował przez kilkadziesiąt lat. Grał na organach w kościołach na terenie Ukrainy i Białorusi, a po upadku komunizmu występował również na koncertach w Polsce. Jego wspomnienia są unikalnym świadectwem życia na sowieckiej prowincji i walki z totalitarną władzą w obronie tradycji. Autor dużo miejsca poświęca postaciom księży, którzy sprawowali posługę na tych trudnych posterunkach. Przemierzali oni sowiecką prowincję, poświęcając wiele godzin dziennie na udzielanie spowiedzi i sakramentów. Bywało, że jednego dnia chrzcili kilkaset dzieci i udzielali kilkudziesięciu ślubów. Niektórzy z tych księży byli wcześniej więźniami łagrów, a mimo to nadal narażali się na represje. Władza komunistyczna oczywiście usiłowała utrudniać zwykłym ludziom życie religijne, ale bywało, że prowokowała w ten sposób protesty i musiała się cofać. Sowiecka rzeczywistość budowała też swoisty ekumenizm. Katoliccy wierni oraz duchowni obrządku rzymskiego i greckiego oraz prawosławnego wspierali się nawzajem. System sowiecki nie złamał ich ducha, choć niestety utrzymywał ich w nędzy.

Eugeniusz Swarcewicz

Wspomnienia kresowego organisty

IPN, Warszawa 2021

czwartek, 23 stycznia 2025

Ksiądz z Dachau - recenzja

 


Ksiądz Ludwik Walkowiak był ważnym świadkiem historii. Gdy był młodym kapłanem, został wywieziony wraz z grupą innych księży Archidiecezji Poznańskiej do obozu w Forcie VII, a następnie do Dachau i Gusen. Jego wspomnienia z tych miejsc zagłady są bardzo drobiazgowe i pozbawione upiększeń. Pisze o niemieckim okrucieństwie, o głodzie, pracy ponad siły, o obozowych strategiach przetrwania oraz tym, co dawało więźniom nadzieję. Dużo miejsca poświęca praktykom religijnym za drutami obozowymi.  Wspomina choćby swoje rozmowy z księżmi innych narodowości osadzonymi w obozach – w tym z Włochami i Niemcami, czyli obywatelami państw Osi. W jego wspomnieniach znajdziemy też fragmenty zdumiewające. Opisuje choćby to jak pod koniec 1944 r. reżim obozowy w Dachau zaczął łagodnieć. Esesmani mieli świadomość zbliżającej się klęski Rzeszy, więc zaczęli traktować więźniów nieco inaczej. Z inicjatywy komendanta więźniowie wystawili m.in. przedstawienie z polskimi elementami narodowymi! Ta „odwilż” nie była jednak konsekwentna. W kwietniu 1945 r. Niemcy przygotowywali się bowiem do wymordowania wszystkich więźniów Dachau, co miało być upozorowane na „stłumienie buntu”. Masakra miała nastąpić 29 kwietnia, ale niespodziewanie tego samego dnia do obozu dotarły wojska amerykańskie. Księża z Dachau przypisali ten cudowny zbieg okoliczności wstawiennictwu św. Józefa, do którego zaczęli siedem dni wcześniej odprawiać nowennę. Niewątpliwie opieki sił nadprzyrodzonych zabrakło wówczas tym esesmanom, którzy znajdowali się w Dachau. Ks. Walkowiak opisuje, jak Amerykanie rozstrzeliwali ich po wzięciu do niewoli.  W końcowych rozdziałach krótko kreśli swoje – już dużo mniej dramatyczne - przeżycia na emigracji oraz w PRL. Zmarł w 1989 r. jako popularny i powszechnie szanowany kapłan.

Ks. Ludwik Walkowiak

„Ksiądz z Dachau”

Wydawnictwo Replika

Poznań 2024

niedziela, 19 stycznia 2025

Krwawy dar Stalina. Powrót Pomorza Zachodniego do Polski - recenzja




 Tytuł najnowszej książki Marka Koprowskiego jest trochę mylący. Autor dużo bowiem w niej miejsca poświęca Pomorzu Gdańskiemu i jego losom wojennym, a nie tylko Pomorzu Zachodniemu. Możemy więc przeczytać dużo więcej o Kaszubach i niemieckiej piątej kolumnie w Województwie Pomorskim, niż na przykład o Słowińcach czy o Polakach mieszkających przed wojną w Szczecinie. Jest tam jednak też ciekawie opisany wątek Kaszubów z okolic Bytowa, których ziemie w znacznej części nie zostały przyłączone do II RP. Sporą część książki zajmuje też - bardzo przystępnie napisany - opis walk żołnierzy "ludowego" Wojska Polskiego o Wał Pomorski i Kołobrzeg. Dowiemy się  niej więc m.in. o tym, że człowiek, który w marcu 1945 r. dokonał ponownych zaślubin Polski z morzem - kapral Franciszek Niewidziajło - był weteranem wojny polsko-bolszewickiej i wojny z Ukraińcami z 1919 r. Przeczytamy też o pierwszych miesiącach życia na "pomorskim pobojowisku". Życie polskim osadnikom utrudniali tam zarówno sowieccy maruderzy jak i fanatycy z Werwolfu. Do grona przegranych trafiła słowiańska ludność autochtoniczna, którą wrzucono do jednego worka z Niemcami.

Marek Koprowski

"Krwawy dar Stalina. Powrót Pomorza Zachodniego do Polski"

Wydawnictwo Replika

Prusy Wschodnie w ogniu i krwi - recenzja

 


Mija 80 lat odkąd Mazury i Warmia zostały włączone w granice Polski. Niestety, zamiast dobrze rozwiniętej prowincji przejmowaliśmy kraj do cna rozszabrowany przez Sowietów, który podczas zimowej ofensywy z 1945 r. dosłownie rozjechali czołgami Prusy Wschodnie i zmienili w płonące ruiny miasteczka, które można było ocalić przed zniszczeniem. O dramatycznych wydarzeniach z tamtych dni opowiada książka Marka Koprowskiego "Prusy Wschodnie w ogniu i krwi. Od nazizmu do komuny". Opisuje on m.in. kulisy dyplomatycznej walki o włączenie Warmii i Mazur do Polski oraz decyzję Stalina, by z Prus wykroić Obwód Królewiecki, mający "na wszelki" wypadek szachować Polskę i zagrażać naszym portom w Gdańsku i w Gdyni. Koprowski sporo miejsca poświęca też wysiłkom propolskich działaczy mazurskich mających na celu uchronienie Mazurów przed sowiecką brutalnością. To z tego powodu podziemna organizacja mazurska już latem 1944 r. uznała zwierzchność PKWN. Choć dzięki tym działaczom, marszałek Rokossowski polecił rozpowszechniać w swych wojskach wytyczne nakazujące odnosić się lepiej wobec Mazurów i Warmiaków, niż wobec Niemców, to nie uchroniło to ludności autochtonicznej od sowieckich zbrodni, gwałtów i rabunków. Po Sowietach przyszły natomiast bandy szabrowników z północnego Mazowsza, które okradały Mazurów z resztek dobytku. Mimo wysiłków działaczy mazurskich oraz komunistycznego pełnomocnika Jakuba Prawina, nie udało się pozyskać ludności autochtonicznej dla Polski. Warto też jednak pamięć o dużej skali nazyfikacji protestanckich Mazurów przed 1945 r. Mówili oni polskim dialektem, a czuli się Niemcami. To były tereny, w których NSDAP osiągała na początku lat 30-tych świetne wyniki  - co kontrastowało z katolicką Warmią, gdzie odsetek głosów na nazistów był dużo mniejszy.